niedziela, 11 maja 2014

LONDYN okiemREanimatora

To była szybka decyzja.

 Jesienią 2013 roku wspólnie z znajomą przeglądaliśmy różne oferty tego co dzieje się w Europie i jakaś taka wspólna myśl… a może wyprawa do Londynu…?

Ustaliliśmy, że najbliższy i najlepszy dla nas termin to ferie 2014 roku, czyli koniec stycznia. Sprawdziliśmy loty z Warszawy - Modlina i Rzeszowa - Jasionki.
Ryanair z Modlina – okazał się bezkonkurencyjny.

Ceny biletów do Londynu na 2,3 miesiące przez planowaną podróżą klasują się w cenach ok. 150 – 250 zł. Jeśli wybierzecie Modlin to dodajcie sobie koszt transportu do tego lotniska, bo ono nie znajduje się w Wawie, a ok. 30 km dalej.
My korzystaliśmy z niezwykle wygodnego „Modlin Busa”, który działa na podobnej zasadzie co „Polski Bus”. Odpowiednio wcześniej zamawiając taki kurs można za kilka złotych dojechać na lotnisko.

LONDYN



Na miesiąc przez wyjazdem wspólnie zastanawialiśmy się co zwiedzić i które miejsca są dla nas priorytetowe. Chodziliśmy po Empikach – tam czytaliśmy przewodniki i poradniki o Londynie. Kupiliśmy sobie nawet jeden z nich. To bardzo pomocne – wiele informacji zawartych tam się sprawdziło.




Znajomi ze studiów



Londyn w przeciwieństwie do innych stolic UE jest o wiele łatwiej zwiedzić i jakoś się tam zatrzymać przez obecność ogromnej imigracji Polaków. Jest to bardzo widoczne. Przykładowo w komunikacji miejskiej macie funkcję zmiany języka i oczywiście jest język polski. Prawie wszędzie też spotkanie Polaków. W metrze, w sklepach i ogólnie raczej na przedmieściach Londynu.

Nasz wyjazd podzieliliśmy na 2 części. Najpierw wybraliśmy się do znajomych, który mieszkają pod Londynem w Ipswich. To mała i urokliwa miejscowość. Tam możecie poczuć klimat starej Anglii przepełnionej spokojem, herbatą i przepięknymi ogrodami.



Pamiętam jak w jednym z lokalnych marketów zachwycałem się działem z polską żywnością. Podszedł do nas pewien pan i przywitał się. Zapytał się czy jesteśmy tu nowi i czy dopiero przyjechaliśmy do Wielkiej Brytanii. Rozmowa bardzo sympatyczna. Oczywiście od razu wytłumaczyliśmy, że jesteśmy tylko turystyczne.



Polacy w Wielkiej Brytanii tworzą bardzo zorganizowane społeczności. W Ipswich Polacy spotykają się najczęściej w polskich sklepach. To coś więcej niż sklep z polską żywnością. Tam możesz dowiedzieć się co słychać u sąsiadów. Zaraz przy wejściu do sklepu jest tablica ogłoszeń. Tam znajdują się różne oferty. Propozycje kulturalne, społeczne, czasem oferty pracy. Drugim równie mocnym ośrodkiem Polaków w Londynie są polskie parafie rzymskokatolickie. My poszliśmy do tej prowadzonej przez ojców Marianów. Tutaj bardzo się wzruszyłem. Uczestniczyłem w niedzielnym nabożeństwie. W stosunkowo malutkim kościółku był taki ścisk, że lewie dało się stać w kościele. Cały przód świątyni zajmowały setki dzieci. Tak więc można się tam poczuć troszeczkę jak w Polsce.



W Ipswich zamieszkaliśmy w takim jednym malutkim domku. Bardzo typowym dla pejzażu Anglii. Zwiedzanie miasteczka zaczęliśmy od poznania lokalnych sklepów. Zawsze z koleżanką szukamy wyjątkowych i dizajnerskich, tak aby wyszukać coś zupełnie wyjątkowego.





Jeśli chodzi o lokalną kulturę. Zwiedziliśmy Muzeum Miasta Ipswich. Tutaj miłe zaskoczenie. Muzeum niczym nie różniło się od tradycyjnych polskich muzeów lokalnych. Powiem więcej w naszych muzeach trochę bardziej dba się o promocję czy edukację niż w tym w Ipswich.

Z Ipswich jest blisko do Oceanu. Wsiada się w lokalną kolej i jedzie się około 30 minut. Wysiada się w bardzo urokliwym miejscu przypominającym nasz Sopot. Same kurorty i ogromna plaża kamienista. Zapach oceanu i ogromny spokój.



Dużo starszych mieszkańców Anglii tu przybywa. Chyba jest tu taki zwyczaj, że oni przyjeżdżają sobie autami jak najbliżej oceanu i zjadają podwieczorek nie wysiadając z auta a potem wracają do swoich domów.

W Ipswich po raz pierwszy zobaczyłem, w co przerabiają dawne świątynie anglikańskie i nie tylko anglikańskie. W jednej była kawiarnia, która uwielbiana jest szczególnie przez emerytów.



Z drugiej strony zobaczyłem też czynne świątynie, w których trochę inaczej podchodzi się do tego czym jest budynek kościelny. Ten kraj słynie z dość dużego przyrostu naturalnego widać to na ulicach. Duże wielodzietne rodziny spacerują po głównych alejach miasta.






Wracając do kościoła, w jednym z nich znalazłem dużą przestrzeń zarezerwowaną tylko dla dzieci, gdzie mogą miło spędzać czas nikomu nie przeszkadzając podczas nabożeństw… Może nadszedł czas aby u nas też takie przestrzenie zaczęli aranżować?? Hmm?






Tak więc bardzo polecam wszystkim Ipswich na początek wyprawy do Londynu. To miasteczko jest stosunkowo blisko od lotniska Londyn Stansted, na które przylecieliśmy. W Ipswich możecie zobaczyć typowy angielski pejzaż znany chociażby z malarstwa Turnera – którego obrazy znajdują się właśnie w wspomnianym muzeum miejskim.

Jak się potem okazało – tam były o wiele tańsze książki i inne pamiątki związane z Wielką Brytanią. Dlatego jeśli zobaczycie w takich mniejszych miastach chociażby charity shopy – to kupujcie! W Londynie będzie drożej.

LONDYN



Do Londynu pojechaliśmy autem przez główną autostradę. Zapewne wielu blogerów podróżniczych to podkreśla. Warto poznać drogi w innych krajach a szczególnie autostrady. U nas jeszcze długo nie będzie tak jak to już jest od dawna w innych krajach UE. Choć nie jest aż tak źle.




My dojechaliśmy do przedmieść Londynu. Zaparkowaliśmy przy stacji metra „Redbridge”. Tam przy tej stacji jest fajny strzeżony parking, tam więc wystarczy mała opłata i jesteśmy spokojni o auto.

METRO (London underground, TUBE)



Londyńskie metro bardzo mnie zachwyciło. Kiedy wchodzisz po raz pierwszy to można się trochę zagubić, ale po 1 dniu korzystania z linii Londyńskiego metra zaczynasz panować nad tą siecią i powoli zdobywasz kolejne rejony Londynu.





To było jedno z najfajniejszych odczuć, jakie dane mi było doznać w Londynie. Setki tysięcy ludzi i wszyscy idą w podobny sposób zachowując odgórnie ustalone zasady. Lokalni artyści występujący w korytarzach metra i robiący to zupełnie legalnie za zgodą magistratu. Dzięki naszym gospodarzom z Londynu mieliśmy też specjalne karty „oyster card”. To trochę podobne do chociażby warszawskiej karty miejskiej, ale znacznie się różni. W Londynie „Oyster card” możesz doładować w każdej stacji metra w specjalnych okienkach, gdzie dyżuruje obsługa metra, oraz w automatach. Jeśli chodzi o automaty to uważajcie. Bardzo często zdarzało się nam, że automat nie przyjmował naszych monet. Warto też wiedzieć, że w automatach nie ma funkcji przyjmowania banknotów. Dlatego najlepiej doładować kartę w okienku  u obsługi.

Karta działa w ten sposób, że pobierała nam ustaloną odgórnie kwotę z konta. To ile metro pobierze ostatecznie zależy od tego ile razy skorzystasz z metra w danym dniu. Przynajmniej ja to tak zrozumiałem. Przykładowo miałem załadowaną kartę na 10 funtów i przez dzień zabrało mi ok. 3 funty.

To widok z stacji metra "westminster" absolutnie widok kultowy.
Spotkacie tu tysiące osób z całego świata, który robią właśnie
takie zdjęcie


Tak więc jeśli opanujecie metro – to na pewno w ciągu kilku godzin uda się wam zwiedzić wszystko co najważniejsze dla Londynu. Począwszy od: Westminster Palace, Tower of London, Tower Bridge, London eye, Millenium Bridge oraz katedrę św. Pawła. To trasa spokojnie na jeden dzień w Londynie.

To zalewie 1 część moich rozważań o londyńskich podróżach – polecam drugi wpis o muzeach Londynu...




Pozdrawiam
REanimator







wtorek, 15 kwietnia 2014

Instagramers Rzeszów [#igersrzeszow]


Jestem animatorem, ale takim od kultury :)



Postanowiłem zadziałać! Rok temu na Blog Forum Gdańsk - poznałem społeczność igersów. W sposób szczególny przyglądałem się działalności "Instagramers Wrocław". Chłopaki z Wrocławia zaimponowali mi tym w jaki sposób "animują" społeczność Wrocławia.

dlatego... wspólnie z kolegą Marcinem postanowiłem założyć rzeszowski odpowiednik tego ogólnoświatowego projektu.

Tak powstał Instagramers Rzeszów :) Już tłumaczę o co chodzi...

Instagramers Rzeszów to profil na popularnym serwisie Instagram. Pojawiają się tam zdjęcia użytkowników Instagrama mieszkających w Rzeszowie i nie tylko. Aby takie zdjęcie pojawiło się na profilu wystarczy oznaczyć je specjalnie przygotowanym hasztagiem: #igersrzeszow.

Projekt ma około 2 miesiące. Muszę stwierdzić, że zdobywa swoją publiczność. Mamy już kilkunastu niezwykle aktywnych użytkowników. Zdjęcia codziennie opowiadają subiektywną historię miasta.
To uczy obywatelskości...

Polecam - jeśli macie Instagrama to poszukajcie społeczności igers waszych miast!


Pozdrawiam
REanimator

środa, 9 kwietnia 2014

MOCAK – nowe spojrzenie na sztukę współczesną



Od kilku lat w Krakowie działa Muzeum Sztuki Współczesnej „MOCAK”. Postanowiłem przypatrzeć się jego działalności i zobaczyć na czym polega praca w takiej placówce. 


Siedziba MOCAKu znajduje się przy ul. Lipowej. Z centrum trzeba udać się ul. Starowiślną w kierunku na most. Po drodze mijamy cały Kazimierz. Muzeum otaczają zakłady i fabryki. Chyba to jakaś dzielnica przemysłowa i tak pomiędzy tymi zakładami wyłania się budynek MOCAKu. Zresztą sąsiaduje z nim oddział Muzeum historii Krakowa – Fabryka  Schindlera. 



Zrobiłem zdjęcie frontu na instagrama i ruszyłem dalej do środka. Wchodzę, patrzę i poczułem się jak w londyńskim Tate Modern. Recepcja, sklepik muzealny, kawiarnia wszystko robi bardzo pozytywne wrażenie i oddaje tematykę muzeum.



W części wystawienniczej trafiłem na trzy duże wystawy. Pierwsza przekrojowa wystawa prac Władysława Hasiora. Niezwykłego rzeźbiarza i performera, który do „budowania” swoich prac wykorzystywał chyba wszystko, co nigdy by wam nie skojarzyło się nawet, że można to użyć do stworzenia rzeźby czy obrazu… Kiedyś miałem okazję zobaczyć małą część jego twórczości, którą eksponuje jedna z zakopiańskich galerii, ale to właśnie w MOCAKu mogłem zobaczyć dosłownie wszystko w temacie Hasiora. 


Tutaj nie chce wchodzić w szczegółowy opis wystawy, ale już na podstawie tylko tej ekspozycji mogę stwierdzić, że ekipa MOCAKu poświęca bardzo dużo pracy, aby „wyprodukować” daną wystawę. Sprowadzenie tak wielu prac wymaga pomysłowości, oraz mnóstwo kontaktów z galeriami w kraju i świecie. Wiadomo wystawy, żeby były dobre muszą mieć dobrych kuratorów, ale ja dopatruje się tej strony animatorskiej. Widzę za tymi kuratorami ekipę osób, które codziennie szukały danych prac, dzwoniły do galerii, muzeów i w jakiś cudowny sposób sprowadzały prace na daną wystawę.

Następnie zobaczyłem dużą prezentację fotografii Rune Erakera, norweskiego fotografa. Na wystawie zaprezentowano 72 czarno – białe fotografie z cyklu „Zapach tęsknoty”. To ciekawa prezentacja. Ukazuje ona podróż fotografa po 22 krajach świata, gdzie od 1988 roku przez kilkanaście lat fotografował zwykłych ludzi próbujących żyć w czasie wojny i konfliktów zbrojnych i głodu. Wystawa porusza i nie da się przejść obok niej obojętnie. Mi pokazała ponadwymiarowość tego zjawiska. 


Zobaczyłem także kilkadziesiąt malutkich obrazków autorstwa Aliny Dawidowicz. Można by ją określić mianem krakowskiego Nikifora. Alina Dawidowicz, która zmarła w 2007 przez całe życie zajmowała się nauką. Z wykształcenia była matematykiem i pracowała na Politechnice Krakowskiej. Po odejściu na emeryturę w latach 80tych całkowicie oddała się swojemu malarstwu. Teraz wyobraźcie sobie salę, w której jest – tak mi się wydaję - kilka tysięcy malutkich ilustracji na których znajduje się architektura, ludzie, natura. Obrazki te malowane są w specyficzny sposób i pokazują świat przez pryzmat Aliny Dawidowicz. Bardzo ciekawa wystawa… i ciekawa historia… 


W podziemiach muzealnych prezentowana jest kolekcja stała MOCAKu. Znajdują się tam prace wielu współczesnych artystów. Szczerze znałem około 15 artystów. Cała reszta to dla mnie nowość. To pokazuje, że zjawisko „sztuka współczesna” – sztuka  ostatnich kilkudziesięciu lat ciągle ewoluuje. Wystawę utworzono pod wspólnym mianownikiem „media” i ich różnoraka interpretacja.

Sasnal :)
Tak więc – bardzo Wam polecam wstąpić do MOCAKu w Krakowie. Znajdziecie tam świetne i dobrze przygotowane wystawy. Samo zwiedzanie budynku muzeum to przyjemność – świetny projekt. W sklepiku muzealnym dużo fajnych gadżetów a także bogaty zbiór książek i albumów o sztuce. Warto wspomnieć na koniec, że ja oczywiście nie powiedziałem o wszystkich wystawach, które są obecnie w MOCAKu, także o innych inicjatywach muzeum. Trochę tego jest.

To będzie temat mojej kolejnej opowieści o tym ciekawym miejscu w Krakowie.

Pozdrawiam
Reanimator

p.s. Pozdrawiam Ewelinę z działu promocji i Agnieszkę z koordynacji wystaw :)  Dzięki za spotkanie :)

sobota, 8 marca 2014

Bez sztandarów, ale ze szminką na ustach...

Jakie jesteście?
Kim chcecie być? 
Jakie są wasze marzenia? 
Kogo szukacie?

Wy kobiety ...

zapytałem Irenę Santor.





Reanimator: Pani Ireno - trudno być kobietą w XXI wieku?

Irena Santor: Zastanawiam się co mam odpowiedzieć... Myślę, że równie trudno jak w średniowieczu, a może jednak trochę łatwiej niż w średniowieczu. Nie łatwo się żyje...

Reanimator: Jakie są współczesne kobiety?

Irena Santor: Są coraz bardziej odpowiedzialne za to co robią. Są coraz bardziej ambitne, bo chcą coś w życiu osiągnąć. Są bardziej świadome w jakim czasie żyją i po co żyją i co chcą w życiu zdobyć. Myślę też, że tak jak dawniej kobiety są pełne wdzięku jak zawsze. Są pracowite i wytrwałe. Kobiety są wierne. Oczywiście są i nie wierne, ale to tak jak panowie też. Kobiety potrafią być lojalne. Z tego co oglądam telewizję i słucham radia to obserwuję kobiety, które są coraz bardziej odpowiedzialne za swoje rodziny. Podziwiam te kobiety. Chociaż, też widzę, że one starają się być odpowiedzialne za swoje rodziny całkowicie. To oznacza, że nie zawsze w 100 procentach liczą na panów, ale jak już zdarzają się tacy panowie, na których w życiu liczyć można no to wtedy kobiety osiągają  to co jest chyba najważniejsze - czyli szczęście. Poczucie spokoju i stabilizacji. 

Reanimator: Jakich obecnie mężczyzn kobiety potrzebują?

Irena Santor: Wszystko zależy od tych połówek co się zejdą. Najlepiej, żeby to były połówki, które stanowią całość. Nie każdy mąż musi być taki sam. Przecież nie każda żona jest taka sama i to jest bardzo dobre. Gdyby tak było - to wtedy byłaby taka sztampa. Ludzie powinni móc się znaleźć w tym całym chaosie. Obecnie to nie jest takie łatwe. Powtórzę to co kiedyś powiedział mi jeden ksiądz. Na pytanie, czym kobiety najbardziej grzeszą w dzisiejszym świecie? ... i mądry ksiądz powiedział : naiwnością.
Czyli, że kobiety zachowały w sobie jeszcze ciągle to naiwne poczucie, że ten który powiedział: "bardzo Cię kocham", że będzie kochał na zawsze... a dla mnie to jest taki drogowskaz dla kobiet.

Cieszcie się tym, że ktoś Was kocha i jak długo Was kocha, ale bierzcie odpowiedzialność. Jak smutnie to by to nie brzmiało i może właśnie tak nie romantycznie - to mówię - bierzcie odpowiedzialność w życiu za siebie i za rodzinę.

Reanimator: Czego można życzyć kobietom, z okazji ich święta?

Irena Santor: ... Żeby osiągnęły w życiu to co chcą. Żeby pozostały na zawsze pełne wdzięku, czaru. Pełne ambicji, ale nie takiej na wyrost, takiej co ja wiem najlepiej i jestem najmądrzejsza - nie. Chciałabym, żeby kobiety były ambitne i żeby zdobywały to co chcą. Jeżeli już przychodzi do jakiś manifestacji swoich poglądów i uczuć. To ja nie chce, żeby kobiety maszerowały po mieście ze sztandarami. Tego kobietom nie życzę. Kobiety powinny mieć swoje racje i swoje forum, na którym mogłyby się wyżalić i powiedzieć co chcą. Tam powinny zgłaszać swoje postulaty i tam ich bronić. Tylko właśnie nie ze sztandarami. To już się przejadło i zdewalułowało ... tak więc bez sztandarów ... ale ze szminką na ustach.

Reanimator: :)
Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!

wtorek, 4 marca 2014

Nowa Huta – miasto w mieście



W końcu udało mi się zwiedzić Nową Hutę. Dużo czytałem o tej historycznej dzielnicy Krakowa, która położona jest we wschodniej części tego miasta.

Nową Hutę zaprojektowano i zbudowano od podstaw jako oddzielne miasto sąsiadujące z Krakowem. Jego budowę rozpoczęto w 1949 roku. W 1951roku Nowa Huta została wcielona do Krakowa jako dzielnica.

Obecnie Nowa Huta, to nowo odkrywane miejsce, które jest reliktem i ewenementem komunizmu w Polsce. Jeśli nie znasz tych czasów i nie rozumiesz na czym polegały dobre i złe strony komuny w Polsce to bardzo polecam spacer właśnie po Nowej Hucie.



Ja wybrałem się tam ostatnio. W centrum Krakowa wsiadłem w tramwaj o nr „10”. Uwaga, będziecie bardzo długo jechać. Od ronda mogilskiego trwają prace remontowe trakcji tramwajowych. Zmienili trasy. W efekcie – trasa do Nowej Huty z centrum wydłużyła się dwukrotnie i trwa chyba ze 40 min!!!

Dobra to teraz moja trasa. Ja wysiadłem na placu centralnym. Stojąc na środku placu można zobaczyć wszystkie najważniejsze ulice dzielnicy, które skupiają się właśnie wokół  tego placu. Od razu można zobaczyć charakterystyczne budownictwo lat 50.



W „podcieniach” bloków znajdziemy wiele ciekawych sklepików m.in. kwiaciarnie, piekarnie, sklepy spożywcze a także dobrze nam znane sieciówki.

Blisko placu centralnego – jest TESCO, które zajmuje budynek byłego kina, robi to wrażenie. Z drugiej strony placu jest NCK  czyli Nowohuckie Centrum Kultury. Dzieje się tam bardzo dużo. Mają szeroką ofertę warsztatową i sprowadzają dużo artystów z okolicznościowymi występami.


Ja zwiedziłem także Teatr Ludowy i kościół „Arka Pana”. Czyli legendarny przykład walki społeczności dzielnicy z władzami Partii PRPR. Wtedy Nowa Huta to miało być pierwsze miasto ateistyczne. Tak się w ostateczności nie udało. Mieszkańcy wspólnie z ówczesnym biskupem Krakowa Karolem Wojtyłą wybudowali świątynię.

Kościół „Arka Pana” wyróżnia się modernistyczną bryłą na tle podobnych do siebie budynków mieszkalnych znajdujących się wokół. Wewnątrz wygląda jak szereg platform, które łączą się w przestrzeń sakralną. Myślę, że to jeden z pierwszych tak odważnych projektów – przebijających dawno już ustalony kanon świątyń chrześcijańskich.

Dziś „Arka Pana” jest też mocnym ośrodkiem kulturalno społecznym integrującym mieszkańców dzielnicy. Tutaj odbywa się wiele wydarzeń. Po Nowej Hucie odbywają się wycieczki samochodowe. Przewodnicy starają się odtworzyć czasy lat komunistycznych. 



Oczywiście na koniec warto tu wspomnieć Muzeum PRLu, które znajduję się obok placu centralnego i oddział Muzeum Historycznego m. Krakowa – dokumentujący historię Nowej Huty.

Obecnie prezentowana jest tam wystawa dokumentująca teatr dzielnicy.



Polecam, Reanimator

niedziela, 9 lutego 2014

Solidarność - widmo

Kiedy przyjdzie taki czas i postanawiasz wybrać się do Gdańska to myślisz sobie: tak zobaczę miasto, gdzie rodziła się "wolność i suwerenność" naszego kraju. 

Ja tak zrobiłem w 2013 roku (w listopadzie). Moje kroki skierowałem ku Stoczni Gdańskiej. Mimo, że w Trójmieście byłem już kilka razy, to nigdy nie wybrałem się w to miejsce. Chociaż, jak jechałem SKMką w stronę Sopotu to widziałem te budynki, te żurawie i sobie myślałem...że to miejsce musi być niezwykłe...



...i tutaj bardzo się rozczarowałem.
Przyszedłem na plac przed bramą główną. Tutaj legendarny pomnik z trzema krzyżami. Pomnik upamiętnia wszystkich, którzy w wyniku strajków stracili swoje życie. Zaraz za pomnikiem trwa budowa okazałego Europejskiego Centrum Solidarności. Tak na moje oko to Centrum już funkcjonuje, a pewnie trwają ostatnie prace wykończeniowe. Budynek architektonicznie przypomina statek w budowie, a może nie? Wiecie coś więcej na ten temat?




BRAMA

Podszedłem do tej słynnej bramy. Myślę sobie, to tu ludzie pokolenia moich rodziców wywalczyli dla mnie i innych wolność... to tutaj się to zaczęło...
Wchodzę idę dalej i oczom nie wierzę.

... widzę pustkę...

Niestety, ale "Stocznia Gdańska" to już w zasadzie nazwa historyczna. Zakładu praktycznie nie ma. Zaraz za bramą masz widok na ogromną pustą przestrzeń. Kilka metrów od bramy znajduje się słynna sala bhp, gdzie doszło do podpisania do porozumień sierpniowych, ale poza tym budynkiem ... to w zasadzie nie miałem już nic do oglądania.


Szybko włączam internet w komórce. Szukam jakiś informacji o zakładzie i czytam. Stocznia Gdańska, jedna z największych w Europie stoczni, jest w stanie upadłości. Większość akcji zakładu wykupił ukraiński inwestor, który od dwóch lat nie przedstawił swojego planu naprawczego. W samym zakładzie z kilkutysięcznej załogi obecnie pozostało kilkaset osób.

Co do majątku zakładu nie ma już prawie nic... Podobnie jest też z Stocznią w Szczecinie...



Czy tak powinno się dbać o to miejsce i o ten zakład? Dlaczego po tylu latach od przemian ustrojowych nie wypracowano nawet planów przyszłościowych dot. tego miejsca...?
Jaki jest tego efekt....?

Brama... sala BHP i błoto, piach... kilka rozwalonych budynków... i pytanie: dlaczego?



sobota, 4 stycznia 2014

Giełda projektów 2013, czyli robocze spotkanie animatorów kultury z całego kraju





To już trzecia edycja Ogólnopolskiego Spotkania Praktyków Kultury z całego kraju. Tym razem spotkaliśmy się w gmachu Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

Miało być inaczej. Organizatorzy przygotowali trochę inny scenariusz. W Grudniu 2013 miało dojść do pierwszego w historii kongresu, lub inaczej NIEkongresu animatorów kultury
Wydarzenie miało odbyć się w Służewskim Domu Kultury. Jednak wszystko odwołano i przeniesiono na marzec 2014. Po prostu jeszcze nie zakończyła się budowa tego dzielnicowego domu kultury –  ujmującego wszystkich swoją modernistyczną budowlą.


Giełda projektów, to miejsce gdzie spotkasz kilkadziesiąt osób żywo zaangażowanych w realizację inicjatyw kulturalnych z różnych dziedzin animacji kultury. To tutaj przy stoliku poznasz koordynatorów, artystów i realizatorów. Dowiesz się jak podobny problem rozwiązuje się na Śląsku, Podkarpaciu czy w Lubelskiem.

To tutaj wymieniasz kontakty i inspirujesz się do działań na cały rok.


 

Ja poznałem niezwykłe dziewczyny z wrocławskiego BWA i ich projekt warsztatów 3D design dla dzieci, które cieszą się ogromnym zainteresowaniem już od kilku lat. Spotkałem świetną ekipę ludzi z Dynowa, która już od kilku lat angażuje całą społeczność lokalną i wystawia sztuki Szekspira. Poznałem odważny projekt z Lublina. Centrum Kultury zorganizowało cykl działań angażujących mieszkańców dyskryminowanych ze względu na pochodzenie, wyznawane ideologie czy też status społeczny.


Marek Sztark i mapa myśli kongresu


Na giełdzie prezentowali się także moi znajomi z Mielca - pokazując M4, oraz Ewelina Jurasz, wtedy jeszcze animatorka z Fundacji "Teatrikon" obecnie koordynatorka Rzeszowskiego Inkubatora Kultury. Na giełdzie opowiadała o projekcie "Nie do wiary, To Tatary"

 
Grudniowe spotkanie było okazją do zapoznania się z ideologią kongresu dla środowiska animatorów kultury. Marek Sztark – który odpowiada za program tego wydarzenia – powiedział, że nadszedł czas, aby właśnie animatorzy kultury kreowali politykę kulturalną kraju. To oni codziennie prowadzą zajęcia dla milionów osób. To oni wymyślają wydarzenia i imprezy. To oni borykają się z biurokracją i problemami związanymi z pozyskiwaniem funduszów na swoje działania.

fot Miasto Goryli, [platforma kultury]
Ja dodam do wypowiedzi pana Marka jeszcze jedno znanie. Nadchodzi nowe pokolenie animatorów. Są to osoby niezwykle utalentowane. Znają się na sektorze organizacji pozarządowych. Co ciekawe najczęściej spotkasz ich w większych miastach. Chociaż wzrasta ich liczba w mniejszych miasteczkach. 

Giełda 2013 pokazała, że to był dobry rok dla animacji kultury. Co przyniesie rok 2014 – na pewno kolejne ciekawe działania. Przede wszystkim kongres animatorów w marcu 2014. 

Giełda to też czas spotkań :) z ekipą Platformy Kultury (Olą, Miriam) a także moją znajomą aktywistką kulturalną z Wawy Antoniną :), a także znawcą polskiej fotografii Beatą. 
Aha i witam na tej arenie animatorów z Mielca: Kingę, Andrzeja i Tomka :)